niedziela, 28 lutego 2010

28.02.2010 - B-day time!

Ach co to był za dzień... :)) Pogoda w ogóle nie ma znaczenia... ;/!! Ale do rzeczy :)

Troszkę wstałam dziś lewą nogę bo tak naprawdę nie wypoczęłam dobrze po tańcach latynowski i nie chciało mi sie wstawać z łóżeczka. Ale umówiłam się z moją sąsiadką Anetą, że wybierzemy sie razem do polskiego kościoła do Arnhem. Całą prawie godzinę szukałam biletu na autobus, który gdzieś mi się zapodział... na szczęście nie był mi potrzebny bo pojechałyśmy Oplem Zafirą :D.
Koleżanka Anetka wpadła do mnie z samego rana z życzeniami i pysznymi stroopwafels (wafelki z karmelem w środku), które holendrzy podobno uwielbiają. Po kościółku, aby podnieś troszeczkę ciśnienie, umówiłyśmy się na kaffkę, a potem zabrałam sie do przyrządzenia obiadku!!
Moje mrożonki nie wyglądały zbyt apetyczne, ale od czegoś trzeba zacząć. :P Razem ze mną w kuchni przebywał Saoul (czy jak mu tam), bardzo sympatyczny murzyn, który próbował się dodzwonić do Afryki, ale niestety pogoda nie sprzyjała dobrej łączności to też słyszałam tylko: Halo Halo. Nie wiem co Saoul-owi się nie spodobało w moim gotowaniu- powiedział, że chciał się zapytać jak się robić gulasz, ale po tym jak obserwował mnie uznał, że chyba się nie dowie. Sorry!! Ale odgrzewać mrożonki to chyba potrafię :P więc nie wiem co mu nie pasowało :P

CZY WYGLĄDA TAK TRAGICZNIE? :(( ==>










Przysmażając te moje warzywka zadzwonił do drzwi. Okazało się, że to kolega Kamilek(z tańców latynoamerykańskich) się przeprowadza i nie ma gdzie wrzucić swoich mrożonek ;) więc grzecznie spytał czy może u mnie znajdzie się troszkę wolnego miejsca w zamrażalniku.
W międzyczasie porozmawiałam z Mr Leszkiem na skype i braćmi, dostałam new-sa, że moja Madzia już sprawdza bilety aby mnie odwiedzić więc bardzo się ucieszyłam z tego powodu.

Wieczorem umówiłam się z dziewczynami w centrum. Mimo, że fatalna pogoda: mży, wieje, pada, wieje, mży,pada i tak cały czas prawie, to holendrom to w ogóle nie przeszkadza- nam też! W jedną stronę podrzucił nas Kamil swoim autkiem ale z powrotem musiałyśmy już iść piechotką. Wpadliśmy do jakiegoś małego pub-u, gdzie zamówiliśmy 3 różne piffka bo tego nie można nazwać inaczej - 0,25 cl, aż mi się w główce zakręciło od tych%. Z centrum wracałyśmy ok 20 min z zegarkiem na ręku. W piątek będę miała już rowerek, także czas powrotu zmniejszy się min dwukrotnie ;)

eCH... czas się kłaść do łóżeczka bo jutro rozpoczynają się moje pierwsze zajęcia... Im afraid !! ;)
Jak widać rozkręciłam się troszkę i po dwóch dniach pobytu tutaj czuję się jak u siebie :P

Do usłyszenia!!

ps1: dziś niestety bez fotek bo zapomniałam aparatu!!
ps2: na drugie piętro podobno wprowadził sie jakiś fajny przystojniak- chyba Polak :D
ps3: ok. 20% moich znajomych ziomków pamiętało o urodzinach!! Jestem z Was DUMNA z !! :) ziomale

sobota, 27 lutego 2010

Latino night !!!

Szczerze mówiąc nie pamiętam wczorajszego dnia. Oprócz tego, że po raz kolejny zmokłam (!) nic szczególnego się nie stało :P Zrobiłam zdjęcie do karty studenckiej a potem udałam się na zakupy. Mam już też swój nowy numer holenderski ;)

Zawsze się zastanawiałam dlaczego Erasmusi tak późno wychodzą na imprezę. Dziś chyba już znam odpowiedź na to pytanie ;)




Ogólnie popularny "beforek" z grupą znajomych polaków rozpoczęliśmy ok 22:00 a konsumpcja przyniesionych napojów zajęła nam dłuższą chwilkę. Wszyscy moi współlokatorzy wyjechali w rodzinne strony więc korytarz i kuchnia świecą pustkami. Na imprezę wybraliśmy się gdzieś koło 1 aby... "zdążyć przed trzecią" zabawne ale prawdziwe (po godz 3 am nie wpuszczają do klubu)- dobrze, że Club International nie był zbyt daleko.
Ha! Wczoraj po raz pierwszy prowadziłam pojazd jednośladowy po napojach % i cieszyłam się, że ścieżki rowerowe mają szerokość ponad 1-ego metra, bo dzięki temu mieściłam się w swoim pasie ;)

Ale koleżanka była nawet lepsza - jej to drzewko "wyrosło" na drodze ;) Sytuacja została jednak szybko opanowana i obyło się bez kolizji, bo miała dość sprawne hamulce :)

W International-u DJ puszczał dość dobrą muzyka: mieszanka latino z popularnymi k
awałkami. hmmm....Latynowskie rytmy a na parkiecie zamiast gorących hiszpanów można było ogdać lekko nabuzowanych murzynów, arabów... i holendrów :) a ja bawiłam się z Polakiem bo tak wywijać to tylko chyba Polak potrafi :P Wytańczyłam sie po wsze czasy a dzisiaj bolą mnie barki i ledwo żyję ale powoli dochodzę do siebie ;)




impreza była naprawdę udana ;) =>






Była mała zmiana i krótka konwersacja z jakimś holendrem, który opowiadał mi o coffe shopach a ja z zaciekawieniem słuchałam jego opowieści. Szkoda, że w poniedziałek już zaczynam kursy bo może jutro wyskoczyłabym na kawę z "ciastkiem" :P

Dziś korzystając z okazji, że nie ma ludzi w segmencie postanowiłam nieco ogarnąć mieszkanko i posprzątać w kuchni - nie sądziłam, że można przyrządzać jedzonko w tak czystych garnkach... nie będę opowiadać sami zobaczcie:








=>








Frytkownica- wzór czystości





=>










piątek, 26 lutego 2010

Podróż i pierwsze wrażenie...


Długą i męczącą drogę z Warszawy do Wageningen pokonaliśmy w 15 h. Nie było tragicznie bo w pociągowych "kuszetkach" można naprawdę wypocząć pod warunkiem, że ktoś może zasnąć ;) Z Warszawy do Arnhem a potem znowu pociągiem i autobusem... i w końcu dotarliśmy. Cali i zdrowi. W międzyczasie zdążyłam się już zapoznać z 3 dziewczynami z Polski, które wraz ze mną rozpoczęły swoją przygodę w Holandii.


Całe szczęście, że autobus zatrzymał się 200 kroków od mojego akademika- Dijkgraaf 11 piętro, bo nie musiałam taszczyć mojej ogromnej walichy, którą nawet mężczyźni ledwo podnosili :D. W akademiku są trzy windy - fakt, holendrzy wiedzą jak sobie dogodzić.

Szczerze mówiąc nie zapamiętałam dokładnego adresu a co lepsze nawet go nie zapisałam :P- CAŁA JA. Ale jak zawsze zdałam się na swoje wysokie IQ ;) i dobrze na tym wyszłam. Zaskoczyłam troszkę dziewczynę od której wynajmuję pokój bo pojawiłam się zbyt wcześnie i nie zdążyła posprzątać. Zmodyfikuję troszkę powiedzonko : "Kto szybko przychodzi sam sobie szkodzi"- musiałam sama posprzątać.
Już na wstępie poznałam pół korytarza osób. Większość z nich to holendrzy, ale... nie może przecież zabraknąć osób z Polski!!- jak się okazało moja sąsiadka zza ściany jest również z SGGW i robi tutaj studia podyplomowe...




Mój pokój w moim klimacie. :) Piękny widok z mojego okna.
(na 1/2 Wageningen) :)


Już mi się nie chce... :P see ya!!







First time...

Holandia - Wageningen University
Nigdy nie wiadomo do czego nas życie zmusi... to pierwszy raz podobno najgorzej boli, ale też najmilsze wspomnienia dotykają tych właśnie chwil :)

Jest to moje pierwsze spotkanie z blogiem. Nie spodziewałam się, że kiedyś dobrowolnie go założę :P Jak mówi stare powiedzenie " Nigdy nie mów nigdy!"

Blog to chyba coś w rodzaju kartek pamiętnika ;) dlatego będę się starać wpisywać ciekawostki, zdarzenia z mojego pobytu w Holandii i mam nadzieje, że potem nie będę musiała ich wyrywać. ;) Jeśli jesteście zainteresowani to serdecznie zapraszam do lektury!!